niedziela, 26 października 2008
Wieczorek...
Leże sobie i słucham.Dzis akurat mam doła i to czego slucham jest czyms szczególnym.To marsz samobójców.Nazwa jest wymowna i mówi sama za siebie.Dlaczego tak sie nazywa?Pewien węgierski kompozytor napisal tę pieśń zaraz po rozstaniu sie z ukochaną.Wydawałoby sie nic szczególnego ale...Wkrótce potem nastąpiła fala samobójstw zawsze w jakiś sposób związana z tą pieśnią.Nie była to kilka zejść,bylo ich ponad 150.Wiele instytucji zabroniło jej puszczania.Wkrótce potem sam autor i jego byla tez popełnili samobójstw.Gdy slucham tej przejmującej melodii cos dzieje sie w mojej głowie.Sprawia że śmierć w swej postaci staje sie dla mnie łatwiejsza do przyjęcia...Ostatecznego rozprawienia się z życiem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Co to za pieśń, można jej gdzieś posłuchać?
OdpowiedzUsuńGloomy Sunday.Pewnie gdzieś w necie będzie.
OdpowiedzUsuń